Kościół w sieci emocjonalnego uzależnienia

ElectricChurch Idea przedstawienia Kościoła jako strony relacji uzależniających nie jest nowa. Jako „opium dla mas” jest określany wprost już od ponad stu pięćdziesięciu lat przez szeroko rozumiany socjalizm. Sam Lenin wypowiedział się dosadniej: „Religia jest rodzajem duchowej siwuchy, w której niewolnicy kapitału topią swoją godność ludzką”. A zatem domniemywa się sedacyjne właściwości religii i jej instytucji w procesach społecznej aktywności człowieka. O ile socjalizm liberalny i narodowy skłonny jest doceniać takie pojęcie o religii w dziele integracji społecznej, to kierunki bardziej totalitarne widzą tutaj zagrożenie dla idei walki społecznej. Niezależnie jednak od ukierunkowania spojrzenia, wszyscy widzą Kościół i religię zazwyczaj po jednej stronie: jako czynnik uzależniający. Niemiecki psychoterapeuta i teolog Manfred Lütz  posunął się do drastycznego, choć i żartobliwego w swym zamyśle porównania Kościoła do alkoholika uzależniającego od siebie swe otoczenie.

Jeśli jednak zmienić punkt widzenia i dostrzec Kościół w roli tego, kto jest uzależniany? Czyżby bowiem ktoś z oceniających Kościół jako uzależnienie rzeczywiście doznał jakichś niedogodności przez fakt jego zaistnienia w swoim życiu?

- łaska Boska, na której pośredniczenie pretenduje Kościół, ani też łaski tej brak nie jest odczuwalny fizycznie ani emocjonalnie

- ewentualna chęć nabycia tej łaski nie jest, wbrew wszelkim przeciwnym opiniom, obwarowana wymogami materialnymi

- wszelkie dobra, postrzegane i oferowane „w pakiecie” wraz z ową łaską, w zgodnej i rozpowszechnionej opinii nie stanowią jej integralnej części.

Wystarczy zamiast owej „łaski Bożej” i Kościoła w powyższych zdaniach podstawić „zdrowie” i jego służbę, albo też „rodzinę” czy „wykształcenie/szkołę”, by dostrzec dosadną różnicę.

Każdy, kto te rzeczy zaniedbał, może słusznie stwierdzić, że z ich braku doznaje dyskomfortu fizycznego i psychicznego, że wcześniej nie było go stać na nabycie odpowiednich produktów i usług, a z kolei w efekcie pozbawiony zostanie wielu innych życiowych dóbr przez brak mianowicie tych wartości.

Tym niemniej nikt rozsądny nie będzie twierdził, że uzależniają. Nikt też nie będzie promował uzasadnionego skądinąd hasła „pacjent nasz pan” / „student nasz pan”, czy nawet pan/pani domu. Byłoby to uznane za szyderstwo ze zdroworozsądkowego wymogu zależności, pomimo posiadania pewnych określonych „praw”, o które czasem toczy się medialne boje. Wszyscy jednak w lot pojmują, iż prawa te są służebne, a lekceważenie ich drogo kosztuje.

Nie tak jest z Kościołem. To on pozostaje ściśle zależny od patologii otoczenia, jak dziecko alkoholika. Wymieńmy tylko dwie spośród wielu przygnębiających analogii:

- tak jak dziecko z rodziny alkoholowej wstydzi się lub nawet i nie potrafi mówić o patologiach, tak ludzie Kościoła za najwyższą cnotę uznają usprawiedliwianie pewnego stanu powszechnej nie-świadomości religijnej.

- tak jak alkoholik usprawiedliwia swą patologię „z twojego powodu” – rodzicu, żono i dziecko, – obarczając ich brzemieniem winy, tak samo ludzie Kościoła pielęgnują swe wyolbrzymione, a zgoła i urojone przewinienia względem religijno-moralnego stanu społeczeństwa.

Gdyby byli o niebo lepsi, niż są w rzeczywistości, grzechu i przewrotności dookoła wcale nie byłoby mniej, lecz może i tym więcej.

Czyżby jednak rzeczywiście nie byli „o niebo lepsi”? Bliscy alkoholika czują się winni i nic nie warci. Ciągle panuje błędny model wskazywania na „współuzależnienie” i leczenia tego samego u właściwego pacjenta, jak i u tych, którzy przezeń są terroryzowani. Czasem w rzeczywistości ludzie Kościoła uzależniają się od tego samego, co ludzie świata – takim „alkoholem” są elektroniczne media. Tak tak, alkohol jest medium, i to dosłownie w sensie technicznym.  Tylko na krótką metę.

Na manierę elektro-medialnego świata ludzie Kościoła usiłują ewangelizować w złym guście, naogół ewangelizacją podmieniają powszechnie katechezę i dogmat, liturgię zamieniają w krzykliwe widowiska, a wyśmiewają prawdziwą medialność tajemnicy – zapewniają ten elektro-alkohol społeczeństwu, które twierdzi, że tak już musi, a inaczej urządzi nową awanturę i odejdzie. A potem się kaja i znowu to samo. Nawet papież przez kwiatki twierdzi dziś nie inaczej.

Dorastające dzieci elektroholików reprodukują chore układy w swoich nowych rodzinach i tak z pokolenia na pokolenie grozi nam dziedziczenie patologii. Elektroholicznej patologii religii. Leczmy elektroholiczne dzieci Kościoła nie wyznawaniem grzechów, lecz wiary.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>